Pierwsza opowieść (Lisa i Leo)
Wieczór w Barcelonie może być chwilą jedną z wielu do siebie podobnych, ale równie dobrze można go spędzić tak, by o nim nigdy nie zapomnieć. To trudne biorąc pod uwagę, że wszystko co cudowne, jest dla mieszkańców rutyną. Zupełnie, jakby mieszkanie w raju mogłoby się komukolwiek znudzić. Tacy ludzie wychodzą zazwyczaj po zmroku na taras ze szklanką pełną lekkiego alkoholu. Jest wtedy przyjemnie ciepło, ale nie chłodno. I nie ma już tych upałów. Siadają wówczas na leżakach bądź krzesłach ogrodowych i zamykają oczy. Niezależnie od tego, w której części Barcelony się znajdują, przy głębszym skupieniu mogą wyłapać pojedyncze dźwięki koncertu odgrywanego w samym jej centrum.
Lisa zasypiała na stojąco. Wlokła za sobą po kafelkach podjazdu zmęczone nogi ogarnięte niedowładem. Korzystając z okazji, że nikt jej już nie widział, pozwoliła sobie na wielkie ziewnięcie bez bawienia się w grzeczne zakrywanie ust dłonią. Czuła, jakby jej cel z każdym krokiem się oddalał, a nie zaś zbliżał. Na dworze było już dostatecznie ciemno, by reagująca na ludzki ruch lampka powieszona nad drzwiami wejściowymi oślepiła ją swoim niezapowiedzianym blaskiem. Dziewczyna słyszała dochodzące z bardzo daleka dźwięki koncertu. Ze szczególną uwagą wyłapywała piski skrzypiec, które poniekąd uspokajały jej zszargane nerwy. Potraktowała je jako balsam dla duszy i nim wsunęła ręce do kieszeni w poszukiwaniu kluczy, przymknęła oczy i oparła się o ścianę willi. Światło już zgasło, a ona sama zrobiła się jeszcze bardziej mała. Koncert trwał w najlepsze, a Lisa zaczęła odzyskiwać utraconą równowagę. Ziewnęła raz jeszcze z tak szeroko otwartymi ustami, że osoba stojąca przed nią mogłaby bez większego problemu zobaczyć jej wątrobę. Szarpnięcie strun skrzypiec gładziły jej myśli i włosy. Nabrała dusznego powietrza w płuca, by westchnąć. W towarzystwie melodii wyciągnęła z kieszeni klucz. Zawisła na chwilę w próżni, jakby chcąc pożegnać się z tym niezwykłym stanem. Przekręciła wreszcie kawałek metalu w zamku w nadziei, że za nie dłużej niż dwie minuty znajdzie się w łóżku. O niczym innym tak bardzo nie marzyła, jak o niekończącym się odpoczynku. Nacisnęła na klamkę i pchnęła drzwi, które stawiały jej jeszcze większy opór niż zwykle. Rozleniwiona zrobiła krok w przód, by potknąć się o próg i jak długa runąć z twarzą w panelach. Ale w domu nie było paneli. Jeszcze nim otworzyła oczy, w jej nozdrza uderzył ostry, różany zapach. Nie był on jakoś specjalnie drażniący, jednakże bardzo, ale to bardzo intensywny. Wsparła się na łokciach i z kącikami ust wygiętymi w grymasie bólu zaczęła masować posiniaczone żebro. Zmrużyła powieki nie wiedząc, co powinna o tym wszystkim myśleć. Stopniowo całe jej zdziwienie poczęło przeradzać się w coś w rodzaju szoku. Rozejrzała się wokół siebie jeszcze uważniej. Cały dom-każdy mebel, kawałek dywanu, pojedynczej kafelki, panela podłogowego, każdy schodek, sprzęt czy nawet najmniejszy fragment domu-pokryty był płatkami czerwonych róż. Nie było elementu ani wycinka, na którym nie znajdowała by się gruba warstwa kwiatowych pozostałości. Na kuchennym blacie paliło się parę świeczek. Kilka z nich pozostawionych było koło telewizora i kanapy, dodatkowo na każdym stopniu drewnianych schodów znajdowało się parę zapalonych, jasnych ogarków. Lisa wstała szybko i w pośpiechu zamknęła za sobą drzwi. Rzuciła klucz na stojącą przy wieszakach komodę, który niemalże utonął w czerwonych płatkach. Bez pochylania zsunęła ze stóp rozwiązane trampki i stanęła boso na dywanie składającym się z aromatycznych róż. Odsunęła ręce od tułowia, by móc odchylić się w bok i zajrzeć do kuchni. Nikogo w niej jednak nie było. Uczucie senności opuściło ją na dobre, a panująca w jej domu tajemniczość sprawiała, że zaczynała się lekko denerwować. Podążyła niepewnie na palcach w stronę rozwidlenia salonu, próbując wybadać sytuację. Światło pochodzące ze świeczek sprawiało, że wszystkie pomieszczenia wypełniła mgiełka mieszaniny dymu i etanu. Przy wejściu do ogrodu i w korytarzu prowadzącym na przydomowy basen również nie było żywej duszy. Cała sceneria stawała się coraz bardziej niepokojąca, a w tle brakowało jedynie jakiejś tajemniczej muzyki prosto z horroru. Brakowało tylko ukrytego za kanapą psychopaty z siekierą lub piłą mechaniczną. Lisa skrzyżowała ręce na piersi i stanąwszy całym śródstopiem na podłodze obróciła się niewiele z tego rozumiejąc. Chciała przejść jak najszybciej do drzwi garażu wbudowanych w ścianę przy kuchni, jednak niespodziewanie wyrosła przed nią ludzka postać. Przechyliła się w tył, piszcząc przy tym cichutko i manifestując przy tym swoje przerażenie. Serce podskoczyło jej do gardła. Zakryła twarz dłońmi wiedząc, że zaraz uderzy plecami o ziemię. Sparaliżowana strachem czekała na upadek z zaciśniętymi zębami w nadziei, że gruba warstwa różanych płatków lekko go złagodzi. Napięła wszystkie mięśnie i z wonią kwiatów zorientowała się, że zawisła w próżni. Otworzyła lekko jedno oko, odsuwając również prawą dłoń w bok. Tuż nad jej twarzą znalazły się ciemnobrązowe oczy Leo, który w tanecznym rozkroku pochylał się nad jej ciałem z lekko rozwartymi ustami. Złapał ją w ostatniej chwili-jej potylica wisiała nie więcej niż trzy centymetry nad podłogą. Uśmiechnął się po chwili, najwyraźniej dumny ze swojego perfekcyjnego refleksu. Nie zmniejszyło to jednak średnicy rozwarcia jej powiek.
-Mam cię-powiedział, a raczej stwierdził z błyskiem w oku. Wyprostował plecy, by pomóc jej wstać.
-Wytłumacz mi Leo, co się tutaj dzieje?-zażądała niemal, kiedy na nowo poczuła grunt pod nogami. Zmierzyła go przy tym wzrokiem od góry do dołu, każdy milimetr kwadratowy po kolei: włosy, miał lekko rozczochrane, ale rozczesane, pierś opinał mu materiał białej, eleganckiej koszuli, na nogach zaś nosił czarne spodnie, jakby od garnituru. Tylko stopy miał bose, podobnie jak Lisa.
-Obiecuję, że wszystko ci wyjaśnię oraz odpowiem na każde pytanie-zaczął jeszcze ciszej i spokojniej, wyciągając rękę i łapiąc jej zdezorientowaną dłoń.-Ale najpierw chodź, coś ci pokażę.
-Dlaczego mówimy szeptem?-spytała, jednak nie było jej dane usłyszeć odpowiedź: Lionel pociągnął ją z siłą spadającej kotwicy w stronę schodów. Mimo tego, iż znalazła się w tyle, nie rozplątał palców jej dłoni ze swoimi własnymi. Stawiał szybkie, acz ostrożne kroki na stopniach uważając, by żadne z nich się nie przewróciło. W pewnej części schodów ogarki zaczęły występować w coraz mniejszej ilości, by u ich szczytu całkiem się skończyć. Ciemność ogarnęła piętro ogromnego domu, a Lisa zwolniła tempo, czując się niepewnie. Nie miała pojęcia dokąd ją prowadzi i bała się, że po drodze potknie się o własne nogi. Jeśli chodzi bowiem o poruszanie się w ciemności, to miała tendencję do przewracania się i potykania o różne przedmioty, niekiedy nawet nieistniejące. Kiedy prawie się z tej niepewności zatrzymała, poczuła rękę Lionela, która niespodziewanie zaczęła przylegać do jej bioder. Zapomniała o tym, że jeszcze przed chwilą umierała ze zmęczenia i pozwoliła prowadzić się w stronę korytarza. W milczeniu minęli pokój gościnny, własną sypialnię, drugi pokój gościnny, który w przyszłości ma zostać przeznaczony na pokoik dziecięcy, łazienkę, garderobę, drugą łazienkę i wiele pojedynczych pomieszczeń, które rzadko kiedy były przez nich używane. Mimo to podłogę w nich pokrywała taka sama ilość płatków. Doszli tak do końca korytarza. Blask świec z dołu był ledwie widoczny. Dziewczyna wyjrzała przez barierkę schodów, jednak w tym samym czasie została pociągnięta w stronę wejścia na drugie piętro. Tutaj światło już absolutnie nie dochodziło: po omacku stawiali krok za krokiem, idąc powoli obok siebie i pilnując siebie nawzajem. Lisa z każdą chwilą rozumiała coraz mniej i oddychała coraz ciszej. Milczała jeszcze przez dobrą minutę, nim nie podeszli do ogromnego, otwartego okna poddasza.
-Co ty robisz?-spytała podejrzliwie widząc, że Leo uchyla okno na całą szerokość.
-Chodź-poprosił, ponownie łapiąc ją za dłoń. Obdarował ją jeszcze wzrokiem typu "Nie bój się, ja tu jestem", nim wyciągnął drugą rękę, by podsadzić ją na stopień. Lisa bez protestu chwyciła się okiennych framug i wystawiła nogę na zewnątrz. Gdyby kilka dni temu ktoś jej powiedział, że będzie wspinać się po własnym dachu, zabiłaby go śmiechem. Powoli przesuwała się w stronę rynny, by po kilkunastu sekundach usiąść na gorących dachówkach. Blondynka zaczęła wiercić się niepewnie na swoim miejscu wiedząc, że gdyby straciła równowagę, spadłaby dobre kilkanaście metrów i wylądowała w samym środku basenu. Nie zdążyła jednak nawet porządnie nad tym pomyśleć lub też drgnąć pod wpływem obawy, bo silne ramiona Lionela zacisnęły się wokół niej jak stalowe kleszcze. Upadek z tej wysokości byłby ostatnią rzeczą na jaką by jej pozwolił. Zadbał w tej kwestii o każdy nawet najdrobniejszy szczegół. Leo i Lisa siedzieli właśnie na dachu swojej willi, który wybudowany był nieco pod kątem. Punkty na horyzoncie dzieliły się na te oświetlone i te wręcz migoczące. Pomarańczowe lampy Katalońskich ulic nadawały smaku nocy, a powietrze wirowało od niepojętej ciszy. Nie było wątpliwości co do tego, że Barcelona jest najpiękniejszym nocnym miastem.
-Powiesz mi wreszcie o co w tym wszystkim chodzi?-spytała z lekkim oburzeniem, chodź ledwo dosłyszalnym.-Niczego nie rozumiem. Świętujemy coś dzisiaj?
-Można by tak powiedzieć-odparł z uśmiechem, całując ją niespodziewanie w sam czubek głowy. Lisa przytuliła się do niego nadal nie wiedząc, co powinna zrobić. Westchnęła.
-Jakaś rocznica?-spytała, nie dając za wygraną.
-Co jak co, ale podejrzewam, że to kobiety lepiej pamiętają o jakichkolwiek rocznicach niż faceci-stwierdził, patrząc się w górę. Był bardziej tajemniczy niż zwykle, ale w ogóle nie skrępowany. Takiego Lionela jeszcze nigdy nie widziała i to jej się nie podobało.
-Może to jakaś mało znacząca rocznica?-zasugerowała. Niechcący spojrzała w dół: drgnęła nieco za sprawą drobnego lęku.
-Nic związanego z tobą nie jest nieznaczące-przypomniał jej z wielkim zawodem. Znał ją na tyle, by wiedzieć, że tak łatwo się nie podda.
-Data pierwszego spotkania? Chociaż nie to był luty, a mamy sierpień.
-Dwudziestego lutego, tak dla uściślenia.
-No to może pierwszy pocałunek? Tak subtelniej.
-Trzynasty kwietnia.
-Pierwszy mecz na jakim pojawiłam się jako twoja partnerka?
-Ósmy maja. Albo siódmy, ale na pewno sobota.
-Pierwszy raz?
Lisa zaczerwieniła się nagle dochodząc do wniosku, że wyparowała ze swoim stwierdzeniem jak głupia. Spuściła wzrok ze wstydu, jednakże nie miało to za bardzo żadnego znaczenia: kiedy była zakłopotana, wszystko było po niej widać, więc na nic się to do końca nie zdało. Lionel jednak zaśmiał się i obrócił przodem do niej, unosząc niemalże na siłę jej podbródek. Rozbiegane i zawstydzone oczy były dla niego najpiękniejszymi, jakie mogły na niego patrzeć. Nie chciał, by o jego sekretach i słabościach wiedziały żadne inne. Uśmiechnął się szeroko, czując dokładnie tak, jak tego dnia, który uważał za jeden ze swoich najpiękniejszych.
-Trzydziesty października, wieczór-powiedział, na nowo przytulając ją do serca.-Padało.
-To w takim razie już nie wiem-rzuciła marudnie, opierając się policzkiem o jego klatkę piersiową.
-Mówisz tak, jakbyś z góry zakładała, że nic bym ci nie powiedział-rzucił, kładąc swoje ramię na jej barki. Przesunął się tak, by usiąść zaraz za nią i wziąć ją między nogi, aby mieć stuprocentową pewność, że nie spadnie. Przytulał ją teraz "górnolotnie", czując jej dłonie na swoim przedramieniu. Chodź położenie to było dla niego całkiem nowe, czuł się, jakby robił to już tysiące razy.-Oczywiście, że ci powiem. Ale nie od razu. Póki co chciałbym, abyś mimo wszystko się cieszyła.
-No dobrze-westchnęła przykładając tył głowy do piersi siedzącego tuż za jej plecami mężczyzny.
-Chciałbym ci coś dać Liso-Oznajmił, nie wypuszczając jej z ramion. Sięgnął tylko ręką do kieszeni spodni i z trudem wyciągnął z nich pomięty skrawek papieru.
Dziewczyna zmarszczyła brwi. Musiała użyć paznokci, by odchylić zgniecione rogi kartki. Rozłożyła ją i wyprasowała w dłoniach. W ciemności nie mogła zobaczyć konkretnych szczegółów, jednak światło księżyca w pełni wystarczyło, by móc dostrzec ogólny zarys prezentowanego obrazka. Został on narysowany prze osobę mającą nie więcej niż pięć lat i przedstawiał rodzinę-lub jakby się doczepić, patyczaki. Jeden z ich był łysy, drugi miał zielone włosy do ziemi, a trzy pozostałe-znacznie mniejsze od pozostałych-znajdowały się w różnych częściach kartki. Prócz nich znajdowała się tam trawa, chmurka, słoneczko i jakiś nieokreślony okrąg, który prawdopodobnie miał być piłką.
-Narysowałem to będąc w przedszkolu, jeszcze w Rosario-oznajmił z dumą, widząc jak kąciki jej ust unoszą się do góry w szczerym uśmiechu.-Obiecałem sobie, że dam go kobiecie, z którą będę chciał umrzeć. Autentycznie tak powiedziałem przedszkolance. Nie wiem co wtedy we mnie siedziało, ale minęło już dwadzieścia lat, a ja nadal o tym pamiętam. W dodatku właśnie tego dokonałem.
-Oh, Leo...-Lisa poczuła, że ma ściśnięte gardło. Wolała nie komentować tego żadnym słowem, by się nie rozpłakać. Pokazała palcem na jakąś ciemną kreskę grubości kciuka, której wcześniej nie zauważyła.-A co to jest? Kłoda?
-Pies-odpowiedział, udając urażonego.-Jamnik, innych nie umiałem rysować.
-To już zabrzmiało jak ironiczny sabotaż-zachichotała, przyciskając rysunek do serca.
Oboje spojrzeli w górę na ułożone gęsto gwiazdy. Wiatr zawiał mocniej, rozrzucając im włosy na wszystkie kierunki świata. Wciąż było duszno i gorąco, ale coraz przyjemniej.
-Te gwiazdy są takie piękne-stwierdziła, jeszcze mocniej wtulając się w jego tors.
-Leo?-spytała cicho, przecierając oczy ze zmęczenia.-A powiedz mi, wolałbyś być różą czy kolcem?
-Każda róża ma kolce, więc to raczej nie ma znaczenia-odparł z przekonaniem.
Lionel wciąż trzymał Lisę między swoimi kolanami i ogarniał ramionami nie tylko po to, by nie spadła, ale i również po to, by mieć ją tylko dla siebie. To było z jego strony trochę egoistyczne, ale na taką wadę w charakterze mógł sobie pozwolić. Był przecież dobrym człowiekiem. Nie wiadomo skąd przypomniało mu się jedno zdanie, które padło z ust Xavi'ego w ramach komentarza dotyczącego jednego zawodnika z Realu Madrid i które od chwili jego usłyszenia uważał za swoje motto życiowe: "byłby idealny, ale nie miał wad". To tak w ramach usprawiedliwienia tej swojej chorobliwej zazdrości, o którą nikt w życiu, by go nie podejrzewał. Lisa ziewnęła przeciągle. Wtuliła się jeszcze głębiej w fałdy jego koszuli, które na ten moment były dla niej najbezpieczniejszym miejscem na ziemi.
-Nie jest ci zimno?-spytał troskliwie, przeczesując palcami jej gęste włosy.-Pożyczę ci moją marynarkę, leży przy schodach.
-Nie chcę-odmówiła mu hardo.-Barcelona na zimno jest o wiele piękniejsza. Jeśli rozumiesz o czym mówię.
-Mówisz o tych motylkach w brzuchu, kiedy patrzysz na oświetlone nocą miasto i nabierasz powietrza w płuca czując, że jesteś wolna?
-Tak właśnie tak.
-Mam tak samo.
Czas stanął jakby w miejscu. Chodź na ogromnej tarczy czarnego zegarka Lionela wskazówki ustawiły się pod kątem ostrym i poinformowały, że właśnie wybiła pierwsza, żadne z nich nie zwracało na to uwagi. Była tylko ona, on i Barcelona. Lisa przekręciła się tak, by mieć za plecami jedno z jego ud, drugie zaś tuż przy swoim brzuchu. Wyciągnęła nogi, rozprostowując je w kolanach z głośnym strzyknięciem. Byli ze sobą tak blisko, że już bardziej nie mogła się wtulić.
-To co w końcu dziś świętujesz?-spytała wreszcie, ujmując go rękoma pod pachami i układając głowę na jego barku. Przyłożyła do niego skroń czując, że zaraz wszystkiego się dowie. Była poniekąd podekscytowana. Podświadomość sugerowała jej, że odpowiedź jest najprostsza na świecie.
-Kolejny dzień z tobą-odparł usatysfakcjonowany tym, że ma na tyle szerokie ręce, by objąć nimi cały swój świat.
- Pierwsza opowieść już jest. Niestety nie wiem kiedy pojawi się następna. Postaram się dodać jak najprędzej (musicie mnie zrozumieć szkoła i inne obowiązki). Pozdrawiam i komentować ;)