niedziela, 1 marca 2015

Opowieść 6 "Dani Alves"

Szósta opowieść (Miranda i Dani)
Czy podejmowanie decyzji zbyt pochopnie lub przez nacisk wywierany na nas przez kogoś innego jest dobre? Czy spełniając zachcianki innych, kosztem naszego szczęścia nie jest zabiciem własnych marzeń? W życiu przed każdym z nas stoją różne wybory. Sami wybieramy, którą ścieżką chcemy iść. Tą dobrą czy złą? Jednak mamy prawo do tego, aby samemu ułożyć sobie życie z kimś kogo kochamy.
Stała przed lustrem w śnieżnobiałej sukni i zastanawiała się co dalej? Ma poślubić człowieka, którego nie kocha, a wręcz nienawidzi? A wszystko tylko po to, by uszczęśliwić jej rodziców. Każdą decyzję w jej życiu, rozstrzygają oni. Miranda nigdy nie zaznała szczęścia. Nawet jako mała dziewczynka. Jej rodzice wiecznie pracowali i nigdy nie mieli dla niej czasu. Nigdy nie usłyszała od swojego taty słów "Jesteś moją małą księżniczką". Zawsze chciała to usłyszeć, ale pozostało jej tylko słuchać opowieści jej koleżanek jak ich ojcowie się z nimi bawią i nimi opiekują. Jej mama nigdy nie pomogła jej choćby w głupim wybraniu stroju na imprezę. Czuła się niekochana i zaniedbywana przez rodziców. Jednak to jej rodzice i nigdy nie miała im tego za złe. W pewnym sensie to dzięki nim miała dobre oceny, zdane studia i dobrze płatną pracę. Zawsze zgadzała się na to co oni wymyślą, nawet jeśli to miało dotyczyć jej życia. Ale dziś powiedziała sobie nie. Wydoroślała i dopiero teraz, zauważyła jak bardzo zniszczyli jej marzenia. Czuła, że to musi się zmienić. Nie chciała wychodzić za mąż za człowieka, którego jej wybrali. Ona kochała kogoś innego. Jej ukochany różni się od jej rodziców. Otacza ją miłością, opiekuje się nią i co najważniejsze, pozwala jej samodzielnie podejmować decyzje. Do niedawna byli jeszcze przyjaciółmi, ale wczoraj, dzień przed ślubem on wyznał jej co do niej czuje. Powiedział, że ją kocha i niezależnie od tego co się stanie, nigdy nie przestanie. Znów spojrzała na swoje odbicie w lustrze i próbowała powstrzymać napływające do jej oczu łzy.
-Już czas, kochanie-powiedziała jej matka.
Odwróciła się i spojrzała w jej oczy.
-Jestem z ciebie taka dumna.
-Wiem mamo.
-Kochanie dziś rozpoczniesz życie u boku mężczyzny, którego kochasz.
-Ale mamo, ja go nie kocham.
-Słucham?
-Nie kocham go. To ty i ojciec tak uważacie. Zawsze robicie coś wbrew mojej woli, ale nie tym razem. Jestem dorosła i mam prawo sama podejmować decyzję.
-Dosyć tego! Wyjdziesz za Jacka czy tego chcesz czy nie. Za pięć minut masz stać przed drzwiami kościoła i koniec tematu.
Moja matka wyszła trzaskając drzwiami, a ja zaniosłam się płaczem. Co ja mam teraz zrobić? Przecież ja kocham Daniego. Kocham go ponad wszystko. To dzięki niemu czuję się doceniana i to u jego boku mogę być na prawdę szczęśliwa. Stanęłam w otwartych drzwiach kościoła i spojrzałam przed siebie. Przy ołtarzu stał ksiądz i Jack. Człowiek za którego na pewno nie wyjdę-pomyślałam. Rozbrzmiał marsz mendelsona, a po moim ciele przeszły ciarki. Niewiele myśląc, uniosłam lekko suknię i uciekłam spod kościoła. Biegłam ile sił w nogach, aż w końcu dotarłam do celu. Chłopaki własnie grali na Camp Nou. Nie, nie mieli oni treningu, ale chcieli zrobić wszystko, żeby Alves nie zrobił głupot. Kiedy mnie ujrzeli momentalnie uciszyli się, a mój Dani uśmiechnął się. Już po paru chwilach czułam jak jego ramiona mnie otulają. Odsunęłam się od niego i spojrzałam mu w oczy. Po chwili milczenia, wreszcie wykrztusiłam.
-Kocham cię i to z tobą chcę spędzić resztę mojego życia. Dla ciebie uciekłam z własnego ślubu. 
Dani na te słowa zaśmiał się i złączył nasze usta w jedność. Teraz już byłam pewna, że pierwsza i najważniejsza decyzja w moim życiu okazała się trafna.
  • Po dosyć długiej przerwie jest nareszcie kolejna opowieść. Miałam totalny brak weny i nawet nie wiedziałam o kim napisać kolejną opowieść. Ale w końcu się udało. Zaczęłam pisać i postanowiłam przeznaczyć historię o uciekającej pannie młodej naszemu tancerzowi. Zapraszam do komentowania i Pozdrawiam ;)



sobota, 21 lutego 2015

Opowieść 5 "Sergio Aguero"

Piąta opowieść (Kamila i Sergio)
Ludzie działają w życiu w rozmaity sposób. Jedni podejmują wszelkie decyzje po długim namyśle, a inni robią to pod wpływem chwili. Tym pierwszym zarzuca się brak spontaniczności, drugim-zbytnią gwałtowność. Rozdarcie między rozumem a uczuciem jest odwiecznym dylematem człowieka. Kto z nas choć raz nie był postawiony przed wyborem: pójść za głosem serca czy raczej zachować dystans i racjonalnie ocenić sytuację?
Siedziała właśnie w swoim pokoju i zastanawiała się czy dobrze robi. To prawda, kocha go od kiedy tylko pamięta. Jednak czy po tym wszystkim, kiedy ich uczucie ma szanse, ona się nie wycofa? Czy będzie potrafiła zapomnieć o przeszłości i żyć dalej? Zanim nasza bohaterka podejmie jakąkolwiek decyzje to postaram się wytłumaczyć wam historię jej pełnej wzlotów i upadków miłości.
Kamila, Andrea i Sergio. Trójka najlepszych przyjaciół. Zawsze wszędzie razem. Dziewczyny wspierały swojego przyjaciela i pomagały mu w robieniu tego co kocha. Jednak czy przyjaźń trzech serc na prawdę może pozostać przyjaźnią? Kamila od zawsze kochała Sergio, ale nie potrafiła mu tego powiedzieć. Wolała to zachować dla siebie. Nikt nie wiedział nic o jej uczuciu. Nawet nie wyobrażacie sobie jak z biegiem czasu żałowała tego, że nie powiedziała nic Kunowi. Pewnego dnia rodzice Kamili, postanowili wyjechać na wakacje. Po raz pierwszy jedna z trójki miała spędzić wakacje bez reszty. Oni jej obiecali przed wyjazdem, że będą na nią czekać i nic się nie zmieni. Kamila wyjeżdżając, była pełna nadziei, że mówią prawdę. Jakie było jej zdziwienie, kiedy powróciła? Nie potrafię nawet tu opisać jej żalu i smutku. Jej najlepsi przyjaciele ją okłamali i zupełnie o niej zapomnieli. Powróciła i jedyne co widziała to widok dwójki zakochanych w sobie bez pamięci przyjaciół. Ogromnie cierpiała, ale nie poddała się. Postanowiła wyjechać i pozwolić im być szczęśliwymi. Andrea od razu zrozumiała, że Kamila tak na prawdę kocha Kuna, a on sam po wyjeździe Kamili zdał sobie sprawę z tego, że stracił cząstkę siebie. Stracił coś ważnego i nie wyobrażalnie żałował, że nie próbował jej nawet zatrzymać. Od tego wydarzenia minęły trzy lata. Sergio ożenił się z Andreą i tworzyli wspaniałą parę. Chcieli razem założyć rodzinę, jednak Bóg inaczej rozplanował ich życie. Wystarczyła jedna zła pogoda, jedno drzewo i jeden pijany kierowca, aby zburzyć ich spokój. Sergio wyszedł z tego wypadku, ale jego ukochana Andrea nie. Zmarła na miejscu. Jak Kun mógł się pogodzić z taką utratą? Jak po tym wszystkim wyglądało jego życie? Smutek, wspomnienia, alkohol i wieczne imprezowanie. Kiedyś postanowił po raz kolejny powspominać i zaczął oglądać zdjęcia. Wszystkie zdjęcia z jego młodości przedstawiały jego w towarzystwie jego zmarłej żony i Kamili. Tak bardzo teraz pragnął, aby jego przyjaciółka była przy nim. Zastanawiał się jaki był prawdziwy powód wyjazdu Kamili. Nie dawało mu to spokoju, postanowił ją odnaleźć. Udało mu się. Wiedział, że Kamila zawsze chciała zostać tancerką. Od jej rodziców dowiedział się gdzie mieszka i w jakim klubie tańczy. Stał i wpatrywał się jak Kamila właśnie ćwiczy jakiś układ. Zauważył, że jest na prawdę świetna w tym co robi. Kiedy ona zakończyła swój trening, Sergio do niej podbiegł. Nie mogła uwierzyć w to co zobaczyła. Stała przed nią jej prawdziwa i jedyna miłość. Ucieszyła się na jego widok. Minął tydzień od przyjazdu Aguero do Kamili. Codziennie się spotykali. Oczywiście Kun wszystko opowiedział Kamili o jego małżeństwie i nieszczęściu. Pomogła mu i wspierała go. Coraz bardziej się do siebie przybliżali. Z każdą chwilą byli sobie coraz bardziej bliscy. Nawet bardziej niż kiedyś. Pewnego razu, Kun zabrał Kamilę do luksusowej restauracji. Tam wyznał jej miłość i pocałował ją. Co czuła? Czuła się szczęśliwa i spełniona, ale jedno nie dawało jej spokoju. Andrea. Szybko się opamiętała i kiedy przerwała pocałunek, wybiegła jak najszybciej z restauracji. Sergio nie wiedział dlaczego. Czy zrobił coś nie tak? I tu właśnie znajdujemy się w sytuacji z początku opowiadania.
Kamila siedziała i wylewała z siebie kolejne fale łez. Nagle usłyszała dzwonek do drzwi. Otarła łzy i poszła otworzyć. Jej oczom ukazał się Segio.
-Mogę wejść?
Wpuściła go i poszli do salonu. Usiedli i trwali w ciszy, którą przerwał piłkarz.
-Kamila, proszę powiedz mi co się stało? Dlaczego uciekłaś? Zrobiłem coś nie tak?
-Nie Sergio to nie twoja wina. Kocham cię od kiedy tylko pamiętam, ale bałam ci się do tego przyznać.W końcu byliśmy tylko przyjaciółmi. Później ty i Andrea. Wszystko się pokomplikowało. Postanowiłam wyjechać i zostawić was w spokoju. 
-Kami, dlaczego mi nie powiedziałaś? Nawet sobie nie wyobrażasz jak cierpiałem po twoim wyjeździe. Ok, rozumiem przeszłość, a teraźniejszość. Nie kochasz mnie już? 
-Sergio, ale.
Nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ Aguero zakleił jej usta pocałunkiem. Teraz już mu nie uciekła. Był pewien, że Kamila już należy do niego, a ona była pewna, że w końcu będzie szczęśliwa. Tamtego dnia odmieniło się jej życie, a jej nieszczęśliwa miłość odrodziła się na nowo. Tylko tym razem jest szczęśliwa.
***
-Mamo, położyłam już kwiatki na grób cioci Andre. Możemy już iść na lody?
-Już idziemy-odpowiedział Kun.
Kamila ostatni raz spojrzała na nagrobek i starła łzę spływającą po jej policzku. Odeszła z Kunem i ich synkiem Benjaminem, a po sobie pozostawili ślad przeszłości. W tym miejscu właśnie zamknęli historię o trzech sercach. 
  • Jeju już piąta opowieść, ale to szybko leci. Opowieść tą chcę zadedykować Tolce. Dziękuje za śliczne komentarze i motywację do dalszego pisania. Następna pojawi się hmm... nie wiem kiedy, ale postaram się dodać jak najszybciej. Komentować i Pozdrawiam ;)



piątek, 20 lutego 2015

Opowieść 4 "Gerard Pique"

Czwarta opowieść (Shakira i Gerard)
-Czego ty jeszcze ode mnie żądasz?
-Ja? Niczego.
-Więc daj mi już w końcu święty spokój. Było minęło. Nie wyszło i tyle. Zrozum nie zwiążę się z kimś kto mnie na każdym kroku oszukuje i zdradza. Mówisz, że to wszystko przez moją karierę, jakoś ci nie wierzę. Jaki jest prawdziwy powód tego wszystkiego? 
-A jak myślisz. Coś co masz ty, a nie mam ja.
-Pieniądze tak? Od samego początku chodziło ci tylko o pieniądze i o to, żeby pochwalić się przed kolegami tym, że twoją narzeczoną jest sama Shakira. Zgadłam?
Nic nie odpowiedział. Do oczu napłynęły mi łzy. Czy ja już na prawdę nie zasługuję na miłość? Czy całe moje życie musi się walić?
-Shaki to nie tak-w końcu odpowiedział.
-A jak?
-To wszystko przez tego pożal się boże Pique.
-Jego w to nie mieszaj. To tylko mój przyjaciel.
-Ta jasne, tylko twój przyjaciel. Od kiedy się poznaliście podczas kręcenia teledysku do "waka-waka" to cały czas wszędzie jesteście razem. Poświęcasz mu więcej czasu niż mi. Chodzisz na każdy mecz tej głupiej FCB, a ja się już nie liczę.
-A czy ja się dla ciebie kiedyś liczyłam? Moje życie u twojego boku to jedna wielka tragedia. Nie raz już mnie uderzyłeś i za każdym razem obiecałeś, że to się już nie powtórzy. Nawet nie jesteś w stanie sobie wyobrazić ile nocy przez ciebie przepłakałam. Każdego dnia cierpiałam coraz bardziej i bardziej. Do czasu, aż poznałam FCB. To oni mnie przywrócili do życia. Nie ty, tylko oni. Oni pokazali mi co to jest miłość. Pokochali mnie, a ja ich. Zawdzięczam im więcej przez te 5 miesięcy, niż tobie przez całe 3 lata. 
-Ucisz się, bo pożałujesz swoich słów-podniósł rękę.
-Co znów mnie uderzysz? Znowu poczuje twoją dłoń na moim policzku? Proszę bardzo, ale bądź pewny, że tych słów nie pożałuje nigdy.
Już przymierzał się do uderzenia. Zamknęłam oczy, mając nadzieję, że to w jakiś sposób sprawi, że będzie mniej bolało. Jednak nic nie poczułam. Usłyszałam tylko jakąś szarpaninę. Otworzyłam oczy i ujrzałam jak mój narzeczony szarpię się z Gerardem. Szybko do nich podbiegłam i ich rozdzieliłam. Stanęłam koło Pique. Pragnęłam zniknąć. Zniknąć tak nagle i nigdy nie wrócić. Nagle usłyszałam ich rozmowę. Musiałam przez nią trzymać Gerarda, aby znów nie wdał się w bójkę.
-Zostaw ją! Ona przechodzi z tobą piekło. Lepiej będzie dla ciebie jak przestaniesz jej zatruwać życie i z niego znikniesz.
-Haha. Obrońca jak widać nie tylko w piłce nożnej. 
-Zjeżdżaj zanim ci znów przywalę-powiedział wściekły Pique.
Mój narzeczony już nic nie powiedział, tylko odszedł bez słowa. Ja i Gerard poszliśmy do szatni po apteczkę, ponieważ Hiszpan miał rozciętą brew. Po drodze wyrzuciłam pierścionek do śmietnika. Kiedy Gerard to zobaczył to się szeroko uśmiechnął.
-Siadaj. Opatrzę ci tą ranę.
-Ale nie będzie bolało?
-Oh, jak małe dziecko. Daj, obiecuję, że nie będzie tak źle.
Wzięłam wacik nasączony wodą utlenioną i ocierałam lekko jego ranę. 
-Szczypie-powiedział.
Niespodziewanie nasze spojrzenia się spotkały. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Jest taki przystojny. Chyba się w nim zakochałam. Znaczy nie chyba tylko na pewno. Odkąd go poznałam to nie myślę o nikim innym. Kocham go. Moja grzywka opadła mi na oczy. Poczułam jak jego dłoń zaczesuję mi ją za ucho. Spojrzał w moje oczy i zaczął się przybliżać. Złączył nasze usta w pocałunku. Na początku był on lekki taki romantyczny. Później coraz bardziej go pogłębialiśmy. Już nie potrafiliśmy się od siebie oderwać. Tamtego dnia wyznaliśmy sobie miłość. Jest to dzień od którego żyję jak w siódmym niebie. 
***
Wróciłem po treningu do domu. Shaki siedziała i oglądała nasze wspólne zdjęcia z naszego pierwszego spotkania. Pocałowałem ją i przytuliłem do swojego serca. Nagle podbiegł do nas Milan z autkami i poprosił, abym się z nim pobawił. Nie miałem zbytnio wyboru, więc spełniłem jego prośbę. Po chwili dołączyła do nas Kolumbijka z Sashą na rękach. Spojrzałem na nich i zdałem sobie sprawę z tego, że mam taką wspaniałą rodzinę. Kocham ich ponad życie. Kto by pomyślał, że ja będę w ogóle w stanie się ustatkować. Powinienem podziękować mojemu przyjacielowi Lionelowi. A dlaczego jemu? Ponieważ to on poznał mnie i Shakirę. Ona szukała piłkarzy jakiegoś klubu do swojego teledysku. Znała się z Leo bardzo dobrze, więc zaproponował jej FCB. Ona zgodziła się z miłą chęcią i oczywiście pierwsze co zrobił Argentyńczyk to to, że nas poznał. Jestem najszczęśliwszym mężczyzną na świecie i wiem, że nic tego nie jest w stanie zburzyć.
  • Wiem, że bardzo długo mnie tu nie było i nic nie dodawałam przez ten czas. Pragnę was za to przeprosić. Czwarta opowieść już jest (tak wiem, że jest bardzo krótka). Niestety opuściła mnie wena i nie miałam żadnego sensownego pomysłu. Jakby tego było mało to jeszcze szkoła, nauka no i trochę łapię mnie przeziębienie, więc po prostu musicie mnie zrozumieć. Następna opowieść będzie o Sergio Aguero. Komentować i Pozdrawiam ;)




poniedziałek, 16 lutego 2015

Opowieść 3 "Sergio Ramos"

Trzecia opowieść (Jennifer i Sergio)
Co rządzi życiem człowieka-przypadek czy przeznaczenie? Gdy zdarzy się niespodziewanie coś dobrego, jeden z nas powie: "Co za szczęśliwy traf", a inny: "To było przeznaczenie". Smutne zdarzenie dla jednego będzie pechowym zbiegiem okoliczności, dla drugiego-przejawem działania siły wyższej. Przez stulecia w różny sposób odpowiadano na pytanie; Czy człowiek jest istotą wolną? Starożytni Grecy wierzyli, że o ludzkim losie decyduje fatum-nieodwołalna decyzja bogów. Chrześcijanie sądzą, że człowieka powołał do istnienia Bóg, obdarzył go wolną wolą, ale sam-jako wszechwiedzący-zna wybory wszystkich ludzi. Są również tacy, którzy uważają, że nasze pojawienie się na świecie jest całkowicie przypadkowe. Własne życie kształtujemy samodzielnie i przed nikim nie odpowiadamy za podejmowane decyzje. Zatem przeznaczenie, przypadek czy siła wyższa? 
Biegł szpitalnym korytarzem najszybciej jak tylko mógł. Nawet na murawie w żadnym meczu, nigdy tak się nie śpieszył. W końcu dotarł do sali. Otworzył lekko drzwi i wszedł do środka. Na łóżku siedziała zapłakana miłość jego życia. Nie mógł patrzeć jak cierpi. Gdyby mógł najchętniej zamieniłby by się z nią miejscami, aby ona nie musiała przez to przechodzić. Usiadł obok niej. Nie odzywali się do siebie. Sergio nie mógł patrzeć w jej poczerwieniałe oczy od ilości wylanych już łez. Siedzieli tak w ciszy, w białej sali. Nienawidził szpitali. Kojarzyły mu się ze złem. Miał już dość panującej, ponurej i beznadziejnej ciszy. Odezwał się pierwszy, patrząc prosto w pełne łez niebieskie iskierki, które dla niego były najpiękniejszym zjawiskiem na świecie.
-Jen?
Nie wiedział co ma powiedzieć. Jak się do niej odezwać, żeby nie wywołać u niej kolejnej fali smutku. Tracił już resztki nadziei na rozmowę z nią, kiedy niespodziewanie to ona przerwała ciszę.
-Sergio, poroniłam.
Po tych słowach na nowo w jej oczach rozpętała się ulewa. On nie potrafił patrzeć na to jak cierpi. Sam również cierpiał. Oboje bardzo wyczekiwali najszczęśliwszego dnia w ich życiu, jakim miały być narodziny ich dziecka. Przytulił ją do swojego serca najmocniej jak tylko potrafił i sam nawet nie próbował powstrzymać swoich łez. Pozwolił im obrać swój własny kierunek i wytworzyć wodospad spływający po jego policzkach. Czy to jakieś cholerne fatum? Tak bardzo chciał zamknąć oczy, by potem obudzić się i powiedzieć sobie, że to tylko zły sen. Jednak nie. To nie sen, lecz cholerna, szara i bezsensowna rzeczywistość. On sam czuł się okropnie i nawet nie chciał myśleć, co czuje teraz jego ukochana Jennifer. Wtulała się do niego z każdą chwilą coraz bardziej. Jej łzy przestały już mieć jakiekolwiek szanse na wypłynięcie na wierzch. Już nie potrafiła płakać, nie chciała o tym myśleć. Jedyne czego teraz pragnęła najbardziej na świecie to sen w ich wspólnej sypialni obok jej ukochanego. Wiedziała, że teraz jest w złym stanie psychicznym i nie potrafiła teraz o niczym innym nawet pomyśleć. Jednak tak bardzo pragnęła zapomnieć o tym wszystkim i zacząć żyć na nowo. Odsunęła się trochę od piłkarza i spojrzała mu głęboko w oczy po czym wykrztusiła:
-Kocham cię.
Ramos najzwyklej w świecie pocałował ją w czoło i znów zamknął szczelnie w swoich objęciach. Nie potrzebowali więcej słów. Wystarczyło, że mieli siebie i nic innego już dla nich się nie liczyło.
***
Wiedziała, że jej ukochany ma trening. Ale wiedziała też, że to nie może czekać. Oboje pragnęli tego dziecka. I wiedzieli, że mimo przeciwności losu, oni się nie poddadzą. Po tym co przeszła musiała być pod opieką psychologa. A kto był jej prywatnym psychologiem? Nie kto inny jak Sergio Ramos. To on dodawał jej coraz więcej sił każdego dnia i to on pokazywała jak bardzo ją kocha. Pędziła na boisko jak oszalała. Kiedy dotarła, chłopaki akurat mieli przerwę w treningu. Zawołała do siebie jej ukochanego. Ten przestraszony szybko do niej podbiegł i zmęczony wykrztusił:
-Kochanie co się stało?
-Sergio posłuchaj, jestem w ciąży!
Wrzasnęła na cały głos. Ramos podniósł ją do góry i okręcił się z nią wokół siebie. Był tak szczęśliwy jak nigdy dotąd. Nawet żaden wygrany mecz, nie przyniósł mu tylu pozytywnych emocji. Uklęknął przed nią i wtulił się do jej brzucha. Na ten widok, koledzy z jego ukochanej drużyny klaskali, wiwatowali, a inni nawet pozwolili sobie na jedną małą łzę ze wzruszenia. Wszyscy wiedzieli, co ta dwójka musiała przejść. W końcu mieli nadzieję, a wręcz byli tego pewni, że teraz będą na prawdę szczęśliwi.
  • Opowieść numer trzy już jest. Szczerze mówiąc, kiedy ją pisałam to miałam w głowie różne jej zakończenia. Lecz w końcu zabrałam się za pisanie i powstało to. Mam nadzieję, że się wam spodoba. Następna opowieść pojawi się za niedługo. Komentować i Pozdrawiam ;)

niedziela, 15 lutego 2015

Opowieść 2 "Wojciech Szczęsny"

Druga opowieść (Iga i Wojtek)
Każdy z nas został stworzony po to, żeby byś szczęśliwym. Ma kochać i być kochanym. Nie trzeba tego udowadniać, bo każdy, kto jest szczęśliwy, nawet przez krótki czas, zdaje sobie sprawę, że jest na dobrej drodze, że idzie w dobrym kierunku. Natomiast każdy, kto popada w smutek, rozpacz, ma świadomość, że idzie złą drogą, podąża w złym kierunku. Jak jednak zachować się, kiedy postawią nam szereg konkretnych pytań, na przykład, jak być optymistą, kiedy popsuła się łazienka, cieknie woda, a jedyny znajomy hydraulik właśnie się upił. Jak być optymistą, kiedy pies zjadł pensję przyniesioną z biura, położoną przez nieuwagę na krześle? W tym miejscu powiem coś, co może wydawać się nie do uwierzenia, bo tak niby naiwne, a jednak to naiwne sprawdziło się wiele razy w naszym życiu i w życiu innych ludzi. Jeżeli jesteśmy w sytuacji beznadziejnej, trzeba się po prostu cieszyć, bo wtedy już nie można liczyć na siebie, ale na niewidzialne ręce, które nami kierują.
Coraz trudniej było jej wstawać. Kiedy rano dzwonił budzik, nie miała sił nawet na to, żeby go wyłączyć. Przykrywała głowę poduszką i walczyła ze łzami, które nieustannie czuła pod powiekami.
"Znów kolejny, beznadziejny, bezwartościowy, bezsensowny dzień. Nigdy nie spotyka mnie nic dobrego. A dlaczego? Bo nie zasługuję nawet na odrobinę szczęścia. Tępaczka. Dlaczego to co, dla innych jest proste, dla mnie jest trudne? Wszyscy dają sobie radę ze wszystkim, tylko ja jedna nie".
Od kilku dni Iga zadręczała się czarnymi myślami. Czuła się coraz gorzej. Z dnia na dzień wstanie z łóżka było coraz trudniejsze. Nie widziała żadnego powodu, dla którego tak marnie czuje się fizycznie, ale kilka razy dziennie sprawdzała, czy na pewno nie ma na szyi obroży, bo wyraźnie czuła jej ucisk. Ubranie się i zadbanie, żeby wszystko było założone na prawą stronę, wydawało jej się równie trudne, jak przepłynięcie oceanu. Dotarła do szkoły. Na dźwięk panującego tu gwaru odrzuciło ją od wejścia, ale tłum uczniów po prostu przepchnął ją do szatni. Dzień był nawet niezły, gdyby nie to, że na żadnej lekcji nie udało jej się wyjąć z torby zeszytu. Skulona i pogrążona w swoich myślach, przesiedziała sześć lekcji. Nie mogła znieść ludzi wokół siebie, więc do szatni zeszła ostatnia. Zobaczyła na korytarzu, że ktoś macha do niej ręką. Odruchowa chciała odwzajemnić gest, ale okazało się to za trudne. Nawet nie skojarzyła, że to Arek. Ciężko oparła się o kratę w szatni. Zamknęła oczy i nie pierwszy raz już pomyślała:
"Jak cudownie byłoby zniknąć".
Jej kurtki nigdzie nie było. Zmieniła buty i wyjrzała przez okno. Wiało, a na niebie wisiały owiane, niemal czarne chmury. Chciało jej się płakać.
"Gdyby Wojtek po mnie przyszedł...-pomyślała.-Ale nie przyjdzie".
Wczoraj się z nim widziała. Połykając łzy, powiedziała mu, że panicznie boi się, sama nie wie czego. Nie ma do kogo ust otworzyć w tej szkole i w ogóle, najbardziej chciałaby zniknąć. Ale Wojtek teraz pasjonował się piłką. Był po treningu, podczas którego zdystansował wszystkich kolegów i biła od niego energia. Chciał iść do kina. Chciał, żeby Iga doceniła go, zachwyciła się tym, jak szybko robi postępy i jaki jest wspaniały. W końcu, najdelikatniej jak mógł, powiedział Idze, że on nie umie, nie wie, jak jej pomóc. On chce korzystać z życia. Nie nadaje się do pocieszania i płaczów. A ona najlepiej zrobi, jak weźmie się w garść, przestanie się mazać, bo szkoda na to życia i pójdzie z nim do kina. Kiedy Iga ukryła twarz w dłoniach i zaczęła bezgłośnie płakać, Wojtek położył jej rękę na ramieniu i powiedział:
-Jesteś bardzo fajna, Iga, ale... nie gniewaj się... ja... ja tak nie umiem. Jak się poznawaliśmy, to byłaś inna. Ja nie umiem... No, trzymaj się. Wszystko będzie dobrze. Myśl pozytywnie!
Dopiero teraz do niej dotarło, że nie ma już chłopaka. A przynajmniej on nie chce jej z tymi wszystkimi problemami. Pewnie, nawet ona wolała siebie szczęśliwszą i zawsze uśmiechniętą. Taką ją poznał. Tylko taką chciał mieć.
"To przeze mnie wszystko się rozlatuje. Czy to moja wina, że nie potrafię znaleźć w sobie tego dawnego uśmiechu? Tak, to moja wina. Nie umiem wziąć się w garść. Niczego nie umiem". Zaczęło lać. Ogromne krople bębniły o chodnik. Iga stanęła w drzwiach szkoły. Spojrzała w niebo i pozwoliła, żeby krople zaatakowały jej powieki, usta, nos.
"Teraz jest dobry moment na płacz"-pomyślała i chciała się roześmiać, ale nie mogła zmusić warg, żeby się rozciągnęły. Nawet to okazało się zbyt trudne.
  • W takim razie jest już i druga opowieść. Jak widać nie każde muszą się dobrze kończyć. To zależy od mojego kaprysu. Następną postaram się równie dodać tak szybko jak tą. Komentować i Pozdrawiam ;)



sobota, 14 lutego 2015

Opowieść 1 "Lionel Messi"

Pierwsza opowieść (Lisa i Leo)
Wieczór w Barcelonie może być chwilą jedną z wielu do siebie podobnych, ale równie dobrze można go spędzić tak, by o nim nigdy nie zapomnieć. To trudne biorąc pod uwagę, że wszystko co cudowne, jest dla mieszkańców rutyną. Zupełnie, jakby mieszkanie w raju mogłoby się komukolwiek znudzić. Tacy ludzie wychodzą zazwyczaj po zmroku na taras ze szklanką pełną lekkiego alkoholu. Jest wtedy przyjemnie ciepło, ale nie chłodno. I nie ma już tych upałów. Siadają wówczas na leżakach bądź krzesłach ogrodowych i zamykają oczy. Niezależnie od tego, w której części Barcelony się znajdują, przy głębszym skupieniu mogą wyłapać pojedyncze dźwięki koncertu odgrywanego w samym jej centrum. 
Lisa zasypiała na stojąco. Wlokła za sobą po kafelkach podjazdu zmęczone nogi ogarnięte niedowładem. Korzystając z okazji, że nikt jej już nie widział, pozwoliła sobie na wielkie ziewnięcie bez bawienia się w grzeczne zakrywanie ust dłonią. Czuła, jakby jej cel z każdym krokiem się oddalał, a nie zaś zbliżał. Na dworze było już dostatecznie ciemno, by reagująca na ludzki ruch lampka powieszona nad drzwiami wejściowymi oślepiła ją swoim niezapowiedzianym blaskiem. Dziewczyna słyszała dochodzące z bardzo daleka dźwięki koncertu. Ze szczególną uwagą wyłapywała piski skrzypiec, które poniekąd uspokajały jej zszargane nerwy. Potraktowała je jako balsam dla duszy i nim wsunęła ręce do kieszeni w poszukiwaniu kluczy, przymknęła oczy i oparła się o ścianę willi. Światło już zgasło, a ona sama zrobiła się jeszcze bardziej mała. Koncert trwał w najlepsze, a Lisa zaczęła odzyskiwać utraconą równowagę. Ziewnęła raz jeszcze z tak szeroko otwartymi ustami, że osoba stojąca przed nią mogłaby bez większego problemu zobaczyć jej wątrobę. Szarpnięcie strun skrzypiec gładziły jej myśli i włosy. Nabrała dusznego powietrza w płuca, by westchnąć. W towarzystwie melodii wyciągnęła z kieszeni klucz. Zawisła na chwilę w próżni, jakby chcąc pożegnać się z tym niezwykłym stanem. Przekręciła wreszcie kawałek metalu w zamku w nadziei, że za nie dłużej niż dwie minuty znajdzie się w łóżku. O niczym innym tak bardzo nie marzyła, jak o niekończącym się odpoczynku. Nacisnęła na klamkę i pchnęła drzwi, które stawiały jej jeszcze większy opór niż zwykle. Rozleniwiona zrobiła krok w przód, by potknąć się o próg i jak długa runąć z twarzą w panelach. Ale w domu nie było paneli. Jeszcze nim otworzyła oczy, w jej nozdrza uderzył ostry, różany zapach. Nie był on jakoś specjalnie drażniący, jednakże bardzo, ale to bardzo intensywny. Wsparła się na łokciach i z kącikami ust wygiętymi w grymasie bólu zaczęła masować posiniaczone żebro. Zmrużyła powieki nie wiedząc, co powinna o tym wszystkim myśleć. Stopniowo całe jej zdziwienie poczęło przeradzać się w coś w rodzaju szoku. Rozejrzała się wokół siebie jeszcze uważniej. Cały dom-każdy mebel, kawałek dywanu, pojedynczej kafelki, panela podłogowego, każdy schodek, sprzęt czy nawet najmniejszy fragment domu-pokryty był płatkami czerwonych róż. Nie było elementu ani wycinka, na którym nie znajdowała by się gruba warstwa kwiatowych pozostałości. Na kuchennym blacie paliło się parę świeczek. Kilka z nich pozostawionych było koło telewizora i kanapy, dodatkowo na każdym stopniu drewnianych schodów znajdowało się parę zapalonych, jasnych ogarków. Lisa wstała szybko i w pośpiechu zamknęła za sobą drzwi. Rzuciła klucz na stojącą przy wieszakach komodę, który niemalże utonął w czerwonych płatkach. Bez pochylania zsunęła ze stóp rozwiązane trampki i stanęła boso na dywanie składającym się z aromatycznych róż. Odsunęła ręce od tułowia, by móc odchylić się w bok i zajrzeć do kuchni. Nikogo w niej jednak nie było. Uczucie senności opuściło ją na dobre, a panująca w jej domu tajemniczość sprawiała, że zaczynała się lekko denerwować. Podążyła niepewnie na palcach w stronę rozwidlenia salonu, próbując wybadać sytuację. Światło pochodzące ze świeczek sprawiało, że wszystkie pomieszczenia wypełniła mgiełka mieszaniny dymu i etanu. Przy wejściu do ogrodu i w korytarzu prowadzącym na przydomowy basen również nie było żywej duszy. Cała sceneria stawała się coraz bardziej niepokojąca, a w tle brakowało jedynie jakiejś tajemniczej muzyki prosto z horroru. Brakowało tylko ukrytego za kanapą psychopaty z siekierą lub piłą mechaniczną. Lisa skrzyżowała ręce na piersi i stanąwszy całym śródstopiem na podłodze obróciła się niewiele z tego rozumiejąc. Chciała przejść jak najszybciej do drzwi garażu wbudowanych w ścianę przy kuchni, jednak niespodziewanie wyrosła przed nią ludzka postać. Przechyliła się w tył, piszcząc przy tym cichutko i manifestując przy tym swoje przerażenie. Serce podskoczyło jej do gardła. Zakryła twarz dłońmi wiedząc, że zaraz uderzy plecami o ziemię. Sparaliżowana strachem czekała na upadek z zaciśniętymi zębami w nadziei, że gruba warstwa różanych płatków lekko go złagodzi. Napięła wszystkie mięśnie i z wonią kwiatów zorientowała się, że zawisła w próżni. Otworzyła lekko jedno oko, odsuwając również prawą dłoń w bok. Tuż nad jej twarzą znalazły się ciemnobrązowe oczy Leo, który w tanecznym rozkroku pochylał się nad jej ciałem z lekko rozwartymi ustami. Złapał ją w ostatniej chwili-jej potylica wisiała nie więcej niż trzy centymetry nad podłogą. Uśmiechnął się po chwili, najwyraźniej dumny ze swojego perfekcyjnego refleksu. Nie zmniejszyło to jednak średnicy rozwarcia jej powiek.
-Mam cię-powiedział, a raczej stwierdził z błyskiem w oku. Wyprostował plecy, by pomóc jej wstać.
-Wytłumacz mi Leo, co się tutaj dzieje?-zażądała niemal, kiedy na nowo poczuła grunt pod nogami. Zmierzyła go przy tym wzrokiem od góry do dołu, każdy milimetr kwadratowy po kolei: włosy, miał lekko rozczochrane, ale rozczesane, pierś opinał mu materiał białej, eleganckiej koszuli, na nogach zaś nosił czarne spodnie, jakby od garnituru. Tylko stopy miał bose, podobnie jak Lisa.
-Obiecuję, że wszystko ci wyjaśnię oraz odpowiem na każde pytanie-zaczął jeszcze ciszej i spokojniej, wyciągając rękę i łapiąc jej zdezorientowaną dłoń.-Ale najpierw chodź, coś ci pokażę.
-Dlaczego mówimy szeptem?-spytała, jednak nie było jej dane usłyszeć odpowiedź: Lionel pociągnął ją z siłą spadającej kotwicy w stronę schodów. Mimo tego, iż znalazła się w tyle, nie rozplątał palców jej dłoni ze swoimi własnymi. Stawiał szybkie, acz ostrożne kroki na stopniach uważając, by żadne z nich się nie przewróciło. W pewnej części schodów ogarki zaczęły występować w coraz mniejszej ilości, by u ich szczytu całkiem się skończyć. Ciemność ogarnęła piętro ogromnego domu, a Lisa zwolniła tempo, czując się niepewnie. Nie miała pojęcia dokąd ją prowadzi i bała się, że po drodze potknie się o własne nogi. Jeśli chodzi bowiem o poruszanie się w ciemności, to miała tendencję do przewracania się i potykania o różne przedmioty, niekiedy nawet nieistniejące. Kiedy prawie się z tej niepewności zatrzymała, poczuła rękę Lionela, która niespodziewanie zaczęła przylegać do jej bioder. Zapomniała o tym, że jeszcze przed chwilą umierała ze zmęczenia i pozwoliła prowadzić się w stronę korytarza. W milczeniu minęli pokój gościnny, własną sypialnię, drugi pokój gościnny, który w przyszłości ma zostać przeznaczony na pokoik dziecięcy, łazienkę, garderobę, drugą łazienkę i wiele pojedynczych pomieszczeń, które rzadko kiedy były przez nich używane. Mimo to podłogę w nich pokrywała taka sama ilość płatków. Doszli tak do końca korytarza. Blask świec z dołu był ledwie widoczny. Dziewczyna wyjrzała przez barierkę schodów, jednak w tym samym czasie została pociągnięta w stronę wejścia na drugie piętro. Tutaj światło już absolutnie nie dochodziło: po omacku stawiali krok za krokiem, idąc powoli obok siebie i pilnując siebie nawzajem. Lisa z każdą chwilą rozumiała coraz mniej i oddychała coraz ciszej. Milczała jeszcze przez dobrą minutę, nim nie podeszli do ogromnego, otwartego okna poddasza. 
-Co ty robisz?-spytała podejrzliwie widząc, że Leo uchyla okno na całą szerokość.
-Chodź-poprosił, ponownie łapiąc ją za dłoń. Obdarował ją jeszcze wzrokiem typu "Nie bój się, ja tu jestem", nim wyciągnął drugą rękę, by podsadzić ją na stopień. Lisa bez protestu chwyciła się okiennych framug i wystawiła nogę na zewnątrz. Gdyby kilka dni temu ktoś jej powiedział, że będzie wspinać się po własnym dachu, zabiłaby go śmiechem. Powoli przesuwała się w stronę rynny, by po kilkunastu sekundach usiąść na gorących dachówkach. Blondynka zaczęła wiercić się niepewnie na swoim miejscu wiedząc, że gdyby straciła równowagę, spadłaby dobre kilkanaście metrów i wylądowała w samym środku basenu. Nie zdążyła jednak nawet porządnie nad tym pomyśleć lub też drgnąć pod wpływem obawy, bo silne ramiona Lionela zacisnęły się wokół niej jak stalowe kleszcze. Upadek z tej wysokości byłby ostatnią rzeczą na jaką by jej pozwolił. Zadbał w tej kwestii o każdy nawet najdrobniejszy szczegół. Leo i Lisa siedzieli właśnie na dachu swojej willi, który wybudowany był nieco pod kątem. Punkty na horyzoncie dzieliły się na te oświetlone i te wręcz migoczące. Pomarańczowe lampy Katalońskich ulic nadawały smaku nocy, a powietrze wirowało od niepojętej ciszy. Nie było wątpliwości co do tego, że Barcelona jest najpiękniejszym nocnym miastem. 
-Powiesz mi wreszcie o co w tym wszystkim chodzi?-spytała z lekkim oburzeniem, chodź ledwo dosłyszalnym.-Niczego nie rozumiem. Świętujemy coś dzisiaj?
-Można by tak powiedzieć-odparł z uśmiechem, całując ją niespodziewanie w sam czubek głowy. Lisa przytuliła się do niego nadal nie wiedząc, co powinna zrobić. Westchnęła.
-Jakaś rocznica?-spytała, nie dając za wygraną.
-Co jak co, ale podejrzewam, że to kobiety lepiej pamiętają o jakichkolwiek rocznicach niż faceci-stwierdził, patrząc się w górę. Był bardziej tajemniczy niż zwykle, ale w ogóle nie skrępowany. Takiego Lionela jeszcze nigdy nie widziała i to jej się nie podobało. 
-Może to jakaś mało znacząca rocznica?-zasugerowała. Niechcący spojrzała w dół: drgnęła nieco za sprawą drobnego lęku.
-Nic związanego z tobą nie jest nieznaczące-przypomniał jej z wielkim zawodem. Znał ją na tyle, by wiedzieć, że tak łatwo się nie podda.
-Data pierwszego spotkania? Chociaż nie to był luty, a mamy sierpień.
-Dwudziestego lutego, tak dla uściślenia.
-No to może pierwszy pocałunek? Tak subtelniej.
-Trzynasty kwietnia.
-Pierwszy mecz na jakim pojawiłam się jako twoja partnerka?
-Ósmy maja. Albo siódmy, ale na pewno sobota.
-Pierwszy raz?
Lisa zaczerwieniła się nagle dochodząc do wniosku, że wyparowała ze swoim stwierdzeniem jak głupia. Spuściła wzrok ze wstydu, jednakże nie miało to za bardzo żadnego znaczenia: kiedy była zakłopotana, wszystko było po niej widać, więc na nic się to do końca nie zdało. Lionel jednak zaśmiał się i obrócił przodem do niej, unosząc niemalże na siłę jej podbródek. Rozbiegane i zawstydzone oczy były dla niego najpiękniejszymi, jakie mogły na niego patrzeć. Nie chciał, by o jego sekretach i słabościach wiedziały żadne inne. Uśmiechnął się szeroko, czując dokładnie tak, jak tego dnia, który uważał za jeden ze swoich najpiękniejszych.
-Trzydziesty października, wieczór-powiedział, na nowo przytulając ją do serca.-Padało.
-To w takim razie już nie wiem-rzuciła marudnie, opierając się policzkiem o jego klatkę piersiową.
-Mówisz tak, jakbyś z góry zakładała, że nic bym ci nie powiedział-rzucił, kładąc swoje ramię na jej barki. Przesunął się tak, by usiąść zaraz za nią i wziąć ją między nogi, aby mieć stuprocentową pewność, że nie spadnie. Przytulał ją teraz "górnolotnie", czując jej dłonie na swoim przedramieniu. Chodź położenie to było dla niego całkiem nowe, czuł się, jakby robił to już tysiące razy.-Oczywiście, że ci powiem. Ale nie od razu. Póki co chciałbym, abyś mimo wszystko się cieszyła.
-No dobrze-westchnęła przykładając tył głowy do piersi siedzącego tuż za jej plecami mężczyzny.
-Chciałbym ci coś dać Liso-Oznajmił, nie wypuszczając jej z ramion. Sięgnął tylko ręką do kieszeni spodni i z trudem wyciągnął z nich pomięty skrawek papieru.
Dziewczyna zmarszczyła brwi. Musiała użyć paznokci, by odchylić zgniecione rogi kartki. Rozłożyła ją i wyprasowała w dłoniach. W ciemności nie mogła zobaczyć konkretnych szczegółów, jednak światło księżyca w pełni wystarczyło, by móc dostrzec ogólny zarys prezentowanego obrazka. Został on narysowany prze osobę mającą nie więcej niż pięć lat i przedstawiał rodzinę-lub jakby się doczepić, patyczaki. Jeden z ich był łysy, drugi miał zielone włosy do ziemi, a trzy pozostałe-znacznie mniejsze od pozostałych-znajdowały się w różnych częściach kartki. Prócz nich znajdowała się tam trawa, chmurka, słoneczko i jakiś nieokreślony okrąg, który prawdopodobnie miał być piłką.
-Narysowałem to będąc w przedszkolu, jeszcze w Rosario-oznajmił z dumą, widząc jak kąciki jej ust unoszą się do góry w szczerym uśmiechu.-Obiecałem sobie, że dam go kobiecie, z którą będę chciał umrzeć. Autentycznie tak powiedziałem przedszkolance. Nie wiem co wtedy we mnie siedziało, ale minęło już dwadzieścia lat, a ja nadal o tym pamiętam. W dodatku właśnie tego dokonałem.
-Oh, Leo...-Lisa poczuła, że ma ściśnięte gardło. Wolała nie komentować tego żadnym słowem, by się nie rozpłakać. Pokazała palcem na jakąś ciemną kreskę grubości kciuka, której wcześniej nie zauważyła.-A co to jest? Kłoda?
-Pies-odpowiedział, udając urażonego.-Jamnik, innych nie umiałem rysować.
-To już zabrzmiało jak ironiczny sabotaż-zachichotała, przyciskając rysunek do serca. 
Oboje spojrzeli w górę na ułożone gęsto gwiazdy. Wiatr zawiał mocniej, rozrzucając im włosy na wszystkie kierunki świata. Wciąż było duszno i gorąco, ale coraz przyjemniej. 
-Te gwiazdy są takie piękne-stwierdziła, jeszcze mocniej wtulając się w jego tors.
-Leo?-spytała cicho, przecierając oczy ze zmęczenia.-A powiedz mi, wolałbyś być różą czy kolcem?
-Każda róża ma kolce, więc to raczej nie ma znaczenia-odparł z przekonaniem. 
Lionel wciąż trzymał Lisę między swoimi kolanami i ogarniał ramionami nie tylko po to, by nie spadła, ale i również po to, by mieć ją tylko dla siebie. To było z jego strony trochę egoistyczne, ale na taką wadę w charakterze mógł sobie pozwolić. Był przecież dobrym człowiekiem. Nie wiadomo skąd przypomniało mu się jedno zdanie, które padło z ust Xavi'ego w ramach komentarza dotyczącego jednego zawodnika z Realu Madrid i które od chwili jego usłyszenia uważał za swoje motto życiowe: "byłby idealny, ale nie miał wad". To tak w ramach usprawiedliwienia tej swojej chorobliwej zazdrości, o którą nikt w życiu, by go nie podejrzewał. Lisa ziewnęła przeciągle. Wtuliła się jeszcze głębiej w fałdy jego koszuli, które na ten moment były dla niej najbezpieczniejszym miejscem na ziemi. 
-Nie jest ci zimno?-spytał troskliwie, przeczesując palcami jej gęste włosy.-Pożyczę ci moją marynarkę, leży przy schodach.
-Nie chcę-odmówiła mu hardo.-Barcelona na zimno jest o wiele piękniejsza. Jeśli rozumiesz o czym mówię.
-Mówisz o tych motylkach w brzuchu, kiedy patrzysz na oświetlone nocą miasto i nabierasz powietrza w płuca czując, że jesteś wolna?
-Tak właśnie tak.
-Mam tak samo.
Czas stanął jakby w miejscu. Chodź na ogromnej tarczy czarnego zegarka Lionela wskazówki ustawiły się pod kątem ostrym i poinformowały, że właśnie wybiła pierwsza, żadne z nich nie zwracało na to uwagi. Była tylko ona, on i Barcelona. Lisa przekręciła się tak, by mieć za plecami jedno z jego ud, drugie zaś tuż przy swoim brzuchu. Wyciągnęła nogi, rozprostowując je w kolanach z głośnym strzyknięciem. Byli ze sobą tak blisko, że już bardziej nie mogła się wtulić. 
-To co w końcu dziś świętujesz?-spytała wreszcie, ujmując go rękoma pod pachami i układając głowę na jego barku. Przyłożyła do niego skroń czując, że zaraz wszystkiego się dowie. Była poniekąd podekscytowana. Podświadomość sugerowała jej, że odpowiedź jest najprostsza na świecie. 
-Kolejny dzień z tobą-odparł usatysfakcjonowany tym, że ma na tyle szerokie ręce, by objąć nimi cały swój świat.
  • Pierwsza opowieść już jest. Niestety nie wiem kiedy pojawi się następna. Postaram się dodać jak najprędzej (musicie mnie zrozumieć szkoła i inne obowiązki). Pozdrawiam i komentować ;)


Wstęp

Pragnę was powitać na moim kolejnym blogu. Może na początek wyjaśnię skąd jego nazwa. Otóż powiadamiałam o tym, że ten blog będzie się bardzo różnił od moich pozostałych, a czym? Różnica polega na tym, że to nie będzie jedno opowiadanie tylko po prostu parę różnych krótkich opowieści. Nie będą to opowieści tylko o jednym piłkarzu. Pojawią się tu wszyscy piłkarze jacy tylko wpadną mi do głowy i z jakimi najchętniej będę te opowieści pisała. Pojawią się tu piłkarze z FCB, RM czy nawet reprezentacji polski, więc można się spodziewać wszystkiego. Mam nadzieję, że spodoba się wam moja nowa twórczość. Pozdrawiam i od razu mogę powiadomić o kim będzie pierwsza opowieść. Otóż o Messim. Tak wiem znów Leo, ale po prostu uwielbiam o nim pisać, więc postanowiłam pierwszą opowieść przeznaczyć jemu ;)